ewangelizacja.net

Felietony > Felietony "Pielgrzym"
wtorek, 13 listopad 2018 roku

 OPOWIEŚĆ O PARAFII (IX)


Drabiną do nieba 04 I 2015 (1) [567]

     "Największą przygodą w moim kapłaństwie stały się transporty - dary holenderskie, przywożone najpierw cztery razy w roku, począwszy od r. 1982 w stanie wojennym, potem trzy razy i wreszcie dwa razy, prawie aż do końca jubileuszowego roku 20000. Każdy transport to dwa, trzy kontenery, najwięcej za jednym razem przyjechało 7 tirów kontenerów. Często za tirami jechało jeszcze 6 samochodów z przyczepami. Kto chciał się z transportem darów wybrać do Polski turystycznie, musiał holować mniejszą lub większą przyczepkę z darami. Był potrzebny na granicy w Świecku lub Kołbaskowie (kędy najczęściej przejeżdżały transporty), jeżeli celnik złośliwie kazał wyrzucić z kontenera wszystko na plac, a potem nawet bez oględzin, nie wychodząc z budki, zaledwie wychylając się prze okienko, wydał rozkaz „żę nie ma tam nic ciekawego” i kazał z powrotem zapakować wszystko do kontenera. Do tego byli potrzebni inni, liczni, współtowarzysze transportu. Dlatego z Holandii jechało więcej osób, czasem nawet 20 i 25 - niejako konwój. Utworzyliśmy z konieczności filię bydgoskiego PKPS u, aby przyjmować dary bez cła (prezesem był pan inż. dr Jarosław Pająkowski). Równolegle tyle samo osób parafian lub więcej musiało się zorganizować i stanowić parafialny zespół Caritas, który od początku pracował wokół darów jako zespół rozdawnictwa darów (którym kierowała pani Maria Śmigiel, poświęcając setki godzin w każdym mięsiącu i samochód oraz jako stali rejonowi opiekunowie charytatywni , bo w każdej wiosce powstał taki rejonowy punkt charytatywny, w dużych wioskach kilka, a także do zwalania transportu potrzebowaliśmy woluntariuszy z doskoku.

     "A zaczęło się to tak: niespodzianie w listopadzie 1982 r., likwidując spróchniałe schody przy bocznych ołtarzach w kościele (jestem stolarzem samoukiem z rodziny stolarskiej) uśmiecham się do nagle wchodzących pięciu wysokich mężczyzn i jednej małej grubszej pani. Coś mówią, nie wiem o czym, w jakimś języku, okazało się, że po holendersku. Pokazują jakiś papier jako apel do ludzi . Mój bardzo słaby włoski, niemiecki i szczątkowe próby w innych językach zakończyłem: herzlich willkomen, bitte, zusamen komen wir nach Hause... Mój uśmiech ich zwabił. Chcą pomagać Polakom. Dłużej chcą pomagać. Szukają przyjaciela dla swej pomocy i projektów humamnitarnych. Nazywają się Stichting Flevoland helpt Polen.

       W historycznym momencie biedy w Polsce, kiedy brakowało wszystkiego, nawet buty były na kartki...z radością otworzyliśmy siebie, parafię, nasze serca i dobrą wolę. Była to megapomoc. Przyjęliśmy ponad 70 transportów, w tym największy 7 kontenerów tirów. Dużą rolę odegrali w tej pracy pani Maria Śmigiel, tłumaczka Irena Górska, w kuchni i sekretariacie Elżbieta Flemming i Małgorzata Kasprzyk, wiele pań i panów w poszczególnych wioskach, rolnicy , którzy oddawali ropę (gdy władze odmawiały zatankowania tirów na powrót). Pomoc obejmowała rodziny, biednych, chorych, szpitale, domy opieki społecznej, pogotowie opiekuńcze, sanatoria, szkoły, parafie. Czasem cały kontener był z jednorazowymi strzykawkami. Ważniejsze miejscowości, dokąd zawożono darów więcej niż kilka razy to Gruczno, Topolno, Luszkówko, Świecie, Bydgoszcz, Żołędowo, Gniew, Bielawki, Subkowy. Nasłodsze transporty przybywały na święta Bożego Narodzenia i na Wielkanoc.
Cdn.

KS. FRANCISZEK KAMECKI

2015-01-04