ewangelizacja.net

Felietony > Felietony "Pielgrzym"
wtorek, 13 listopad 2018 roku

 OCENA I PROJEKTOWANIE


Drabiną do nieba 14 XI 2010 (23) [461]

      Jesienią próbujemy ocenić w sumieniu ten rok, który przemija. Co się udało, a co nie i dlaczego. Wydaje się, że ten rok był najtrudniejszy w moim kapłaństwie. Pytam sam siebie dlaczego. Dlaczego dopiero teraz - czekając 16 miesięcy - odważyłem się na ortopedyczną operację i mam metalowe kolano? Odrzuciłem laskę. Bo dopiero teraz są możliwe takie operacje.

     Ano, kiedy mieszkałem w średniej szkole w Leoninum w Wejherowie, ponad 50 lat temu, zdarzył się mój wypadek na nartach i sankach. Ortopedia była inna niż dzisiaj.    Miałem kłopoty z chodzeniem. Ograniczony, musiałem wyrzekać się wielu rzeczy. Czułem, że jestem na tyłach tego świata. Z boku. Nie nadążałem za innymi. Przebywając w wielu szpitalach, gdzie były biblioteki, zacząłem z nudów czytać literaturę piękną. Może uczyłbym się języków, ale takich podręczników nie było. Więc polubiłem literaturę. Czytałem dużo. Robiłem notatki. I ten nieoczekiwany nawyk czytania i notowania rozwijał się, pozostał we mnie do dzisiaj. Czytać, czytać, pisać. I potem próbowałem coś wymyślać i rozbudzać wyobraźnię. I takie były początki. I do tego doszło odczuwanie bólu, cierpienia u innych przebywających w szpitalu, jęczących w nocy. I wtedy problematyka egzystencjalna stawała się bliska. Doczesność pokazywała swoją ułomność. Jednak człowiek cierpi. Dlaczego coś boli. Widocznie Pan Bóg zadrapał nas, abyśmy zapamiętali, że do wyższych rzeczy zostaliśmy stworzeni. Cierpienie może pomagać, ułatwiać skupienie. Szybciej człowiek potrafi skoncentrować się na czymś ważniejszym. I od razu widać, że życie to nie tylko przyjemność, zabawa i wygoda. To przede wszystkim trud i wysiłek. Nawyk pisania okazał się - według idei św. Franciszka - uboższy niż malowanie, najtańszy, skromny, pokorny. Wystarczy kartka i ołówek do pisania lub pióro. Wybrałem czytanie i pisanie jako życiową pasję. Raczej ukrywaną, w ostatnich 10. latach bardziej ujawnianą. Równoległą obok darowanego mi kapłaństwa - nie zasłużonego, byli przecież inni, lepsi, zdolniejsi, bardziej odpowiedni psychicznie i fizycznie. Moja Mama mówiła, że w sutannie mniej widać krzywą nogę. I takich skojarzeń było więcej. Uzasadniały moje kapłaństwo. Usprawiedliwiałem je po cichu, że jest kulawe. Tym bardziej - jako słabe - potrzebuje więzi z Chrystusem.

       Więc moja ocena tego roku jest pozytywna.

     Przeżywam czas rehabilitacji. Wokół prawej nogi z metalowymi elementami dziesiątki ćwiczeń, zabiegów, masaży, leków, zastrzyków. Kontrolne zdjęcia. Okresowe wizyty u ortopedy traumatologa. Wyjazdy codzienne do szpitala, aby używać sprzętu rehabilitacyjnego. Przyjazdy rehabilitantki i pielęgniarki. I tak w kółko. I siadam - pochylając się nad kalendarzem, projektując cały następny rok. Sztywny schemat mnie zawsze obowiązuje: niedziele, święta, dni powszednie. Nie mogę niedzieli przenieść na środę. Inni - instytucje kościelne - próbują z niedzieli robić czas podróżowania. Tymczasem ja jestem przymuszony do organizowania lokalnej wspólnoty wokół Eucharystii. I ulepszać wspólnotowe przygotowania do sakramentów. Co roku to samo, ale z innymi rocznikami i grupami, grupkami. Z nadzieją, że w następnym roku uda się lepiej, mądrzej i sensowniej.

KS. FRANCISZEK KAMECKI

2010-11-14