ewangelizacja.net

Felietony > Felietony "Pielgrzym"
środa, 14 listopad 2018 roku

 WIOSENNE POWTARZANIE


Drabiną do nieba 23 III 2008 (6) [398]

    Znowu bardzo wczesna Wielkanoc. Znowu wiosna. Powtarzanie co roku tego samego. Baranek wielkanocny, jajko, szynka, zielone gałązki brzozy, bazie. Figurka Zmartwychwstałego. Replika paschału na stole.
    Te same święta, te same niedziele. Schemat powierzchownej religijności. Takiej, że nie czujemy, iż się modliliśmy. Takiej, iż nie pamiętamy nic z godzinnej obecności w kościele. Wiemy, że wykonywaliśmy ileś gestów modlitewnych, nie pamiętając w ogóle o Bogu. Wprawdzie byliśmy w kościele, ale nie zaistniał w nas akt wywyższenia Stwórcy Ojca Wszechmogącego i Jego Syna Jezusa. W naszej pamięci (wracającego z kościoła) nie pozostała żadna refleksja z kazania ani żadne zdanie z czytanej lektury Pisma św.
    Religijne powtarzanie wciąż tego samego to tradycja, pamięć. Ale i niebezpieczna groźba,  skoro  może spowszednieć, wywołać pustką. W nudnej pustce nie rośnie duchowość.  Mechanizm bez namysłu i bez kontemplacji  staje się nawykiem – maszynką automatycznej duchowości i karykaturalnej. Warto się zatrzymać i zmienić kierunek. („Zatrzymaj się na chwilę” jak w piosence). Warto odświeżyć się jak pod prysznicem.
    Nasz umysł i serce potrzebuje nowości. To tęsknota za jakąś nową ewangelizacją. Oczekujemy duchowego zdziwienia. Zachwytu na chwilę. Spojrzenia z wysokości na nasze istnienie. Pragniemy nie przeciętności, lecz radości w Bogu.  
    Pisarz Tomasz Merton, szukający swej współwiny wśród tragizmu XX wieku, przybył z Nowego Jorku do opactwa Gethsemani, w region słynny z hodowli koni czystej krwi i z whisky. To grudzień 1941 r. Zapukał do furty klasztornej. Dopiero minęły trzy dni od ataku Japończyków na amerykańską flotę na Pacyfiku w Pearl Harbour i zaledwie dwa dni od przystąpienia USA do II wojny światowej. Merton - przeciwnik wojen, mordów, tortur i nienawiści - w opactwie trapistów chciał zapomnieć o pisaniu romansów, które spowodowały jego pisarską porażkę. Tymczasem  przełożony mu mówi:  musisz pisać, na pewno pisać, bo to twoje powołanie. W krótkim czasie staje się bardzo popularnym autorem religijnym, czytanym przez kobiety w maglu i profesorów na uczelniach. Także w Polsce. Mimo zamknięcie w klasztorze utrzymuje kontakty z całym światem. „Matka chciała, abym był niezależny, a nie chodził w stadzie. Miałem być indywidualny i odznaczać się oryginalnością. Miałem mieć określony własny charakter i własne ideały. Nie miałem być towarem masowym, według ogólnego modelu burżuja nie wysuwającego się z szeregu” – pisał w autobiograficznej „Siedmiopiętrowej górze”. Z polecenia przełożonego zakonu nauczał nowicjuszy przez kilkanaście lat, zauważył „że w ciągu trzech miesięcy nauczania więcej dowiedział się o teologii niż w trakcie czteroletnich studiów” (Jim Forest. Tomasza Mertona życie z mądrością. Wyd. Homini. Bydgoszcz 1997 str. 146). Po napisaniu kolejnej książki stawał się innym człowiekiem. Nie  czuł się podobny do autora poprzedniej książki. Polubił znak Jonasza. Znak zmartwychwstałego Jezusa. Brzuch wieloryba. „Spostrzegłem, że płynę ku memu przeznaczeniu w brzuchu paradoksu” (w książce „Znak Jonasza”).  Często pisał o tym, że praktyki religijne nie są same dla siebie. Nie żyje się dla kontemplacji, lecz dla Boga, nie żyje się dla modlitwy, lecz dla Boga.
    Tej wiosny możemy powtarzać po raz kolejny, że też nie żyjemy dla siebie. Może nam się nie znudzi ten kierunek.                     

KS. FRANCISZEK KAMECKI

2008-03-23