ewangelizacja.net

Felietony > Felietony "Pielgrzym"
wtorek, 13 listopad 2018 roku

 MAŁY CZŁOWIEK


Drabiną do nieba 24 II 2008 (4) [396]

Coś niedobrego dzieje się we współczesnym świecie, skoro mały człowiek  - taki znikąd, taki z ulicy, taki z tłumu  - zaczyna rządzić i promować wątpliwe wzorce i średniactwo. Media wylansowały takiego małego człowieka, który nie ma nic do powiedzenia, ale wszędzie się wypowiada. Mówi i pisze na różnych stronach internetowych, gdziekolwiek  i jakkolwiek... wysuwając się ze swoim umysłem i gustami jak jakiś awangardowy przywódca. A jest tylko przeciętny. Nie jest już ani pokorny ani nieśmiały, ani wstydliwy. Rośnie w nim gburowaty bufon. Staje się wyrocznią do wszystkiego.     
    Nowe programy telewizyjne reality show (dotarły i do nas z innych krajów) pokazują ludzi, którzy nie mają nic do powiedzenia ani nie mają żadnego talentu. Jak pisze ciekawie o tym niepokojącym zjawisku w masowej kulturze słoweński pisarz i dramaturg Drago Jancar (GW 9-10 II 2008): „”Wystarczy obejrzeć któreś z reality show popularnych wśród milionów rzesz widzów, by przekonać się, że z uznaniem traktuje się tam ludzi, którzy nic nie potrafią i nie mają za grosz talentu. Co więcej, którzy nie mają absolutnie nic do powiedzenia. Ale cały czas mówią. I trzeba przyznać, że potrafi…ą to świetnie – mówić o niczym. Taki mały, skromny człowiek, dawny bohater literatury zaangażowanej, już nie istnieje. Najczęściej stoi przed nami gburowaty, pewny siebie bufon albo zupełnie abstrakcyjna zjawa, a mówią  za nim, i ją reprezentują medialne mamy, równie agresywne jak sam mały zarozumialec. One go bowiem takiego, jakim jest – nieokrzesanego i nadętego – stworzyły. Gdzie są te czasy, kiedy wszyscy, także i mali ludzie, podziwiali tych wielkich, którzy coś potrafili albo przynajmniej mierli jakieś wyjątkowe talenty! Od wiejskiego gęślarza, wirtuoza, do człowieka, co wzbogacił się dzięki pracowitości i wiedzy, od lekarza do profesora, od duchownego do polityka (...), naukowca i artysty. Kiedyś wiedzieliśmy, że tak zwany mały, przeciętny człowiek nie mógłby sobie świecić nawet żarówką, gdyby nie było wielkich, wyjątkowych ludzi. A dzisiaj ekrany telewizorów i łamy gazet, a zwłaszcza strony internetowe, zalewa wściekłość małego, przeważnie anonimowego, przeważnie młodego, przeważnie nieodnoszącego sukcesów i w większości przypadków Bóg wie dlaczego sfrustrowanego człowieka.               
Kiedyś uczeni, artyści, może i politycy posuwali świat do przodu, uważając się za małych i pokornych.  Dzisiaj wychodzi do przodu zarozumiały i kreujący się na wszechwiedzącego „człowiek, który nie ma o niczym pojęcia i o wszystkim wyrokuje z pasją”.
Oby media chciały bardziej występować w imieniu nie tego małego człowieka, ale w imieniu tych wielkich, którzy naprawdę coś ważnego robią dla ludzkości (i też dla tego małego człowieka). Nie zadeptujmy wielkich, nie lansujmy małych. 
Czasem taki mały i pewny siebie człowiek pojawia się wśród katolików. I np. chce (zapominając o różnicy między słoniem a mrówką) zaprosić papieża Benedykta XVI do Bydgoszczy i z miłością w grupie wiernych tradycji katolickiego mszału sprzed r. 1962 (którzy  skupili się na mszy po łacinie 6 stycznia 2008, przyjeżdżając z Łodzi, Gdańska, Piotrkowa r. u bydgoskich Klarysek) – pragnie podziękować za najwspanialszy ryt trydencki. Tej grupie mogę odsprzedać stare mszały.

                    KS. FRANCISZEK KAMECKI

2008-02-24