ewangelizacja.net

Menu główne > Strona główna
środa, 19 wrzesień 2018 roku

 [Archiwum] Fragmenty krajobrazu i myśli 2014


Życie pierwsze to pięści wojny, które moja matka przerabiała w czułość,
a ojciec w stolarni z desek capował prycze dla 6. rodzin.
Rosjanie rozwiesili dziesiątki drutów i kabli radiostacji nad ogrodem.
Kule gwizdały fruwając z jednego wzgórza Cekcyńskiego jeziora na drugie.
Gdzieniegdzie ogień. Warkot samolotów.
A ja w drewniku majslem i młotkiem rozbijałem granat,
który zanim wybuchł długo syczał, więc pozwolił mi uciec
i upaść w błoto na podwórku. Ochlapanego detonacją synka
podniósł gwałtownie ojciec, potrząsnął, obejrzał czy jestem cały,
ucałował mnie i klepnął w portki.
Jako ministrant ten dar z siebie nosiłem do neogotyckiego kościoła
z bardzo wysoką ceglaną wieżą.



 Gdy obmacywałeś moją ciemność, mój kościół,
od razu znikła noc,
kwiat w doniczce jak słońce.
w oknie białe niebo otwarte jak zaproszenie.
Mnóstwo aniołów na podwórku.
za płotem Van Gogh z czarnymi wronami nad żytem.

Od stuleci wdzierasz się
w żniwne klepisko.
Najpierw budowałeś stodoły, szlaki przez pustynie,
arki przez oceany,
zwołując pasterzy, rybaków, handlarzy, celników.
Potem pośrodku zdrady i trwogi
przy stole zgromadziłeś dwunastu
o potulnych brodach
(Aleksander Blok włożył im kombinezony
i posłał w zawieruchę z psem).
Dziś milionom rzucasz pszenicę,
uśmiechasz się niejasno
na wysokości
każdego nowego południa, Panie i mój Boże.



Zamiast kościotrupa będą ładne uda i biodra,
I jakaś wesołość i głośny śmiech
z najdalszych zakamarków królewskich pałaców i sal.
Chętnie i z radością przypłyniemy na tamten niebieski brzeg,
gdzie pierwsze miejsca dla wszystkich.
Nie będzie tam krzeseł drugorzędnych ani ostatnich.
Nieprawdopodobna przyjemność. Tysiąckrotna rozkosz.
Czego oko dotąd nie było zdolne zobaczyć
ani ucho usłyszeć. Ręce (jak św. Tomasz) będą macać rany z czułością.
Archanioł Michał przetrze nasze plecy miękkim ręcznikiem.
Na głowę ktoś położy koronę z gwiazd dwunastu.
I będziemy wolni od smutku i klęski.
W lekkim powiewie leżąc na hamakach
będziemy z rąk aniołów brali kielichy z winem
o kolorze złota i przysmaki z razowym chlebem.
Przez nasze ciała ostatni raz przebiegnie pożądanie
jak błyskawica i zamieni się w miłość najczystszą.
Tak Pan Bóg pomoże nam przeciwstawić się śmierci.



Ach życie,
moje życie wiszące na niteczce ponad przepaścią.
Moje życie jak kropelka, która spadła na rozległe pustynie.
Ciało zaokrąglone tlenem i krwią poruszane,
zadziwiające, chociaż ponoć jeszcze nie ostateczne,
ponoć świątynia jak kościół w Grucznie
- dar bezinteresowny.



Trzecie życie mam teraz po operacji, odkąd chodzę
z metalowym kolanem i wreszcie bez bólu
i mogę bardziej uśmiechać się
i patrzeć z zachwytem na ciebie, piękna, z oczami jak czysta dusza
i na ciebie, wierny przyjacielu. spod gałęzi sztuki
i mogę was dodać do mego daru z siebie.



Oczekuję przeciwieństwa śmierci
w różnokolorowych ciałach.
Czy to będzie cud, który zaskoczy nawet ateistów?
Jeżeli kwiat może nigdy nie zwiędnąć,
jeśli nie stłucze się wazon rzucony z największą siłą.
skoro słoń nie zdechnie poszcząc 40 dni i nocy na pustyni,
a moja babcia będzie zawsze piękną Marianną,
której nie wypada następny włos ani nie łamią się kości,
zęby są białe, a piersi nie zwiotczałe...
Wtedy rzeki wrócą do źródeł. Nie skrzywi się prosta kreska.
Łza nie spadnie z oka, bo będzie jak spięty srebrny koral.
Zmarszczki będą jak faktura spod mistrzowskiego pędzla
Leonarda da Vinci. Szyja czysta i gładka dla tych,
którzy kochają. l usta otwarte na pocałunek pokoju,
którym zostanie odwołana katorga strachu.
l na koniec twarz nas zachwyci. podobna i nie podobna do twarzy,
odsłonięta jak święto. jak jedwab, jak diament, jak światłość.



Ile razy w kościele wisi napięcie
między żyrandolami a ołtarzem.
Śmierć jest niebezpieczna,
bo potrafi się przebrać za pannę młoda
i w białej sukni oszukać
gości weselnych.



A jeżeli jeszcze krzyż jest mi dopisany do programu - trudno,
niech się dzieje, co nie jest moje.
Poddaję się Tobie, Boże.
I po latach wierzę, że krzyż wrósł w mój kręgosłup.
Jestem krzyżem.
Krzyż jest moim drzewem i chlebem i wodą.
Krzyż jest poręcza na drabinie do nieba.
Krzyż jest laską i windą do tego co nieosiągalne.



Życie drugie otrzymałem, gdy jadąc samochodem zastawą
zdrzemnąwszy się uderzyłem prawym przodem w drzewo,
koziołkując wielokrotnie, obijając wszystkie strony pojazdu.
Jedynie przy kierownicy pozostało miejsce nienaruszone.
I ja prawie nieskalany ze złamanym placem opryskany na czerwono
ciastem z truskawkami, które wiozłem od siostry Zdzisi,
w to słoneczne wrześniowe popołudnie.
Szczęśliwie o godzinie osiemnastej z gipsem na ręce
stojąc przy ołtarzu znowu przyniosłem Bogu dar z siebie.



Nad zieloną doliną Wisły
stoi rakieta kościelnej wieży w Grucznie
i malutka gotycka monstrancja z r. 1607
wokół prezbiterium z I połowy XVIII w.
z rozbudowaną potem bryłą neogotycką w XIX w.
Dzisiaj trzepoczą białe płótna
pomorski wiatr unosi kociewskie gadanie
albo jakieś świętokrzysko-lubelskie układanie anegdot
i niebieskawe kaszubskie hafty na biodrach dziewczyn
i bukowskie rzeźby pod gałęzią orzecha
i kopce torfowe wyciągnięte
przez profesorów z głębinowych zapaści
i delikatne gaworzenie niemowlęcia w wózeczku
i bocian z żabą jak monument
nad mennonicką chatą w Chrystkowie.


2014-09-30